Loading

Wywiad z "Elvisem"

Bywa sobowtórem Elvisa... Maciej Kryszak

Maciej Kryszak. Tak to on, rzeczywiście z cechami wyglądu Elvisa Presleya, wkracza z powagą i jakąś kocią miękkością do restauracji w centrum Poznania. Rozmawiamy przy kawie... Wrażliwy, emocjonalnie otwarty, chwilami zamyślony... Mówi, że gromadzi pamiątki po Elvisie, książki, płyty i ma znajomość z panią, która szyje znakomite repliki ubiorów Presleya... Występował kilka razy, śpiewał piosenki Elvisa... Jest subtelny w wyrażaniu swoich poglądów i mówieniu o sobie, może nawet nieśmiały...

Cichy zdawałoby się, lecz chętnie podejmujący różne zainspirowane przeze mnie wątki rozmowy... o religijności Presleya, jego roli zakładnika w klubie płatnych przyjaciół (mafia z Memphis! - podkreśla zdecydowanym głosem, wiadomo, o co chodzi), którzy nie mówili mu prawdy, woląc "umizgi" do Króla Rocka, za którego pieniądze pławili się chyba także w luksusie, niż słowa prawdy czy krytyki...

Urzekł mnie napomknieniem, iż także bardzo lubi i chętnie śpiewa moją ukochaną piosenkę z repertuaru Elvisa "Love Me Tender", gdy się przyznałam do tego, że po amatorsku, choć z głębi duszy gram ją na flecie prostym w chwilach wielkiego poruszenia i tej szczególnej tkliwości, która nieraz owocuje wierszem, nieraz właśnie natchnioną melodyką...
Na fotkach bardzo kreatywny, dynamiczny... Bywa sobowtórem Elvisa - na estradzie... Aspiruje do artystycznej rodziny... Nie miałam okazji posłyszeć go, ale nic straconego - wystąpi wkrótce podczas mityngu "Dzień z Presleyem" w Poznaniu...

A oto opinia Macieja Kryszaka o Presleyu:

"Dla mnie Elvis Presley jest szczególną osobą. Jak powiedział John Lennon: >>przed Elvisem nie było niczego<<. Jego muzyka, interpretacja piosenek jest niepowtarzalna. Piosenki Presleya oraz innych, które interpretował, to po prostu "power" - mają w sobie taką moc, że człowiek, słuchając ich, chce żyć, choć ma zmartwienia...

Gdyby nie Elvis Presley, nie moglibyśmy poznać np. B. B. Kinga, Chucka Berrego, Little Richarda i innych. Po prostu Elvis Presley połączył ludzi białych z czarnymi. Gdy był młody, to nie można było słuchać murzyńskiej muzyki, a nawet chodzić do kościołów murzyńskich. Były oddzielne bary, kluby, restauracje... dla czarnych i białych, na szczęście dziś tak nie jest. Dlatego można powiedzieć, że zniósł niewolnictwo, jakby "był pierwszy po Jezusie" - chciał połączyć ludzi i to mu się udało.

Elvis miał dobre serce (w dzisiejszych czasach trudno o nie, potrafił dawać innym, nie oczekując niczego w zamian. Tak, miał pieniądze (ale zaczynał od zera), obdarowywał każdego, kto był
w potrzebie, pomagał mu. Piękne jest to, że pomagał bez rozgłosu. Dopiero po śmierci okazało się, że np. przez 7 lat koncertował charytatywnie. Dochód z koncertów przekazywał na biedne dzieci, na fundację Franka Sinatry, zajmującą się chorymi na raka.

 O Elvisie mówi się: Król Rock and Rolla. On powtarzał zawsze, że nie jest królem - król jest tylko jeden i jest nim Pan Bóg. Był bardzo religijny.

Borykał się z problemami, jak każdy człowiek. Miał wzloty i upadki. Nie był doskonały. Chorował na zapalenie wątroby, okrężnicy, miał jaskrę, migreny. Niezdrowo się odżywiał, miał słabość do kobiet - i to go zgubiło. Elvis dał przykład, co trzeba robić, by być dobrym człowiekiem, a czego nie wolno nam robić, by samemu się nie zniszczyć. Dlatego ja sam unikam jego błędów. Po śmierci Mamy Elvis się załamał, a po rozwodzie z Priscillą jeszcze bardziej się pogrążył. Wiedział, że to z jego winy rozpadło się małżeństwo.

Myślę, że Elvis nie miał prawdziwych przyjaciół, gdyż nikt mu nie powiedział: spójrz na siebie człowieku, co Ty robisz, tak nie wolno... Mógłbym pisać i pisać...

Jego piosenki pochodzą prosto z serca, są nasycone prawdziwą miłością, co światu jest bardzo potrzebne - zwłaszcza teraz. Jego piosenki podnoszą mnie na duchu..."...

Stefania Golenia

Sobota, 04 sierpnia 2007, impresje